W surowych, dzikich i tajemniczych Bieszczadach rodziła się historia ludzi, którzy postanowili czynić dobro, ryzykując własnym życiem. Tak właśnie powstawała Grupa Bieszczadzka GOPR – z potrzeby serca, pasji do gór i chęci niesienia pomocy tam, gdzie cywilizacja często nie sięgała.
Początki GOPR w Bieszczadach
Rok 1961 był momentem przełomowym – to wtedy formalnie utworzono Grupę Bieszczadzką GOPR. Bieszczady były wówczas znacznie bardziej odludne niż dziś – brakowało szlaków, schronisk, telefonów, a pogoda potrafiła zmieniać się z minuty na minutę. Mimo to znaleźli się ludzie gotowi stanąć na wysokości zadania. Ratownicy byli przeważnie ochotnikami, bez wsparcia technicznego, często bez doświadczenia w działaniach ratowniczych, ale z ogromnym sercem i determinacją.
Dyżurki – górskie bastiony odwagi
Główne punkty ratownicze – tzw. „dyżurki” – mieściły się w schronach, leśniczówkach i prostych drewnianych chatkach. Najbardziej znana z nich to Chatka Puchatka na Połoninie Wetlińskiej. Jej gospodarzem był legendarny Ludwik „Lutek” Pińczuk, symbol Bieszczadów, przewodnik, ratownik i samotnik z wyboru. To właśnie on, przez dekady żyjąc w ekstremalnych warunkach na wysokości ponad 1200 m n.p.m., był pierwszym punktem pomocy, latarnią dla zagubionych, ostoją dla wędrowców i ratownikiem gotowym do działania o każdej porze.
W tych dyżurkach brakowało wszystkiego – ogrzewania, prądu, kontaktu ze światem. Zimą dochodziło do sytuacji, w których jedynym sposobem porozumiewania się były znaki świetlne lub gońcy na nartach. Dyżury trwały dniami, tygodniami, a często nawet miesiącami.
Pierwsze spektakularne akcje ratownicze
Już w pierwszym roku działalności Grupy, 30 grudnia 1961 roku, miała miejsce trudna akcja ratunkowa – studentka z Warszawy zasłabła podczas zjazdu z Połoniny Caryńskiej. Ratownicy przetransportowali ją toboganem przez Bereżki do Ustrzyk Górnych, pokonując śnieg, mróz i dziesiątki kilometrów górskich ścieżek.
W lutym 1964 roku na Szerokim Wierchu zeszła potężna deska śnieżna, która porwała 11 uczestników rajdu narciarskiego. Była to pierwsza w historii Grupy akcja lawinowa. Dwóch poszkodowanych zostało przysypanych – jeden ze złamaną nogą został uratowany i przetransportowany przez GOPR-owców.
W 1962 roku po raz pierwszy w Bieszczadach użyto śmigłowca do akcji ratunkowej – kobieta ze złamaną nogą została przetransportowana z trudno dostępnych Berechów. Było to wydarzenie przełomowe – technicznie i logistycznie wyjątkowe, biorąc pod uwagę tamte czasy.
Przyrzeczenie i etos ratownika
Nie sposób mówić o GOPR bez wspomnienia o przyrzeczeniu ratowniczym – słowach, które każdy ratownik wypowiada z pełną świadomością odpowiedzialności, jaką na siebie bierze:
„Dobrowolnie przyrzekam pod słowem Honoru, że póki zdrów będę, na każde wezwanie Naczelnika lub jego Zastępcy – bez względu na porę roku, dnia i stan pogody stawię się w oznaczonym miejscu i godzinie i udam się w góry celem niesienia pomocy ludziom jej potrzebującym…”
To nie są puste słowa. To zobowiązanie, które wielu ratowników, takich jak Lutek Pińczuk, realizowało przez dziesięciolecia – bez oczekiwania na zapłatę czy uznanie. Dla nich pomocą drugiemu człowiekowi był zaszczyt i obowiązek.
Dziedzictwo, które trwa
Dziś ratownicy GOPR mają do dyspozycji nowoczesne środki – łączność satelitarną, pojazdy, drony, psy ratownicze i śmigłowce. Ale duch tamtych pionierów – ducha Lutka, ratowników z Wetliny, Ustrzyk czy Sanoka – pozostaje niezmienny. To duch solidarności, oddania i cichej odwagi.
To historia nie tylko o ratowaniu życia. To opowieść o ludziach, którzy zbudowali coś trwałego w miejscu, gdzie kiedyś była tylko cisza gór i ludzka potrzeba serca.
Foto:TuBieszczady

